Jakiś czas temu polskie księgarnie zalała fala książek promujacych duński tryb życia pełen spokoju, równowagi i szczęścia. Wszystko to ukryte było pod tajemniczym słowem „Hygge”.

Nagle, po latach anonimowości, Dania która dotychczas kojarzyła się nam z klockami Lego, H.C. Andersenem i perkusistą zespołu „Matallica”, stała się Krainą Wiecznej Szczęśliwości.

Osobiście z tym słowem zetknęłam się już kilka lat temu, gdy postanowiłam dokonać wielkiej, życiowej rewolucji i wraz z rodziną przeprowadziłam się na duńską wieś, daleko na północy.
Właśnie „Hygge” było jednym z pierwszych słów, które rozróżniłam z bełkotu jakim porozumiewają się Jutlandczycy.

Miałam wrażenie, że otacza mnie ono ze wszystkich stron we wszystkich swoich możliwych odmianach. Jednak za każdym razem gdy pytałam Duńczyka co ono oznacza słyszałam…a, to takie tam, coś fajnego, miłego, przyjemnego, coś co sprawia ci przyjemność. Niestety, do tej pory nie otrzymałam konkretnej odpowiedzi.

No więc jak to właściwie z tym „Hygge” jest?

Według książek, przepis na „hygge” jest tak prosty jak przepis na duńskie „brunkager„.
Najważniejsze są świeczki, ich NIGDY nie może zabraknąć w naszym domu. Rozstawiamy je w kilku miejscach by tworzyły ciepłą atmosferę.

W naszym „hygge-domu” muszą się też znaleźć pledy, pledziki, kocyki w ilościach hurtowych, byśmy zawsze mogli się nimi okryć gdy zrobi się zimno.

Przynajmniej jedno ogromne swetrzysko z prawdziwej wełny udziergane przez babcię, ewentualnie zaprzyjaźnioną starszą sąsiadkę, dobre wino i jedzenie…tylko domowe.

O 18:00 wszyscy domownicy zbierają się razem i celebrują wspólnie „aftensmad”, w końcu rodzina to największe szczęście. I tak w miłej, rodzinnej atmosferze spędzamy razem każdy wieczór.

Aby być „hygge” należy też pamiętać, że nie ma co się śpieszyć, nie ma pracy po godzinach, pogoni za karierą, a czas „po pracy” to czas na rozwijanie pasji i spędzania go z najbliższymi.

To tyle jeśli chodzi o „literaturę”, niestety rzeczywistość nie jest już tak romantyczna.
Już sama idea świeczek ma bardzo prozaiczną historię. W czasach kryzysu wiele osób nie było stać na prąd, a wiadomo, na północy zimy są dugie i ciemne z tąd zwyczaj palenia świeczek….tanio, a skutecznie.

Jedzenie to kolejny ważny punkt w filozofii „hygge”. Niestety czasy gdy Duńczycy gotowali w domach przeszły do lamusa. Nie mówię tu o świętach, kiedy to możemy delektować się tradycyjnymi duńskimi potrawami, a które są naprawdę przepyszne. Na codzień, niestety, Duńczycy w większości korzystają z półproduktów, a kuchenka mikrofalowa jest najlepszą przyjaciółką Pani Domu.

A co z pielęgnowaniem tak zwanych „więzi rodzinnych”? Cóż, znów muszę was rozczarować… dzieci bardzo szybko się usamodzielniają i „wyfruwają” z domu, zresztą duński system bardzo im w tym pomaga. Wszyscy żyją tu na własny rachunek, nie ma przymusu bycia odpowiedzialnym za drugą osobę, a małżeństwa rozwiązuje się z taką samą łatwością jak kupuje się nowy samochód.

Czyli „Hygge” to jedna wielka iluzja?

Jak to mówią, najważniejsze to znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. „Hygge” trafiło do nas w czasach, gdy żyjemy coraz szybciej, chcemy coraz więcej. Nagle w całym tym szalonym kołowrocie pojawia się oaza spokoju, „Hygge”. Kusi nas ciszą, refleksją, winem i świecami…któż by się nie skusił?

Nagle wszystko co opatrzymy hasłem „hygge” staje się naszym MUST HAVE. Książki traktujące o „hygge” rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, przeciez każdy chce kupić sobe przepis na szczęście.

Wielka Brytania poszła nawet o krok dalej, tam każdy może zamówić sobie, za odpowiednią opłatą, boxy, które dostarczane są nam do domu co miesiąc i zawierają w sobie to czego nie może zabraknąć w naszym „hygge-życiu”.

A to świeczki, a to wełniane skarpety…nie ważne że kilkakrotnie droższe od tych kupowanych na rynku…te są specjalne bo są „hygge”.

Osobiście chylę czoła przet tym, który ruszył tę całą machine „Hygge-biznesu”. Odkrył to co najważniejsze, lukę na rynku,  i wypełnił ją. Dał pędzącemu społeczeństwu odrobinę wytchnienia, opkowaną w „gavepapir” i odpowiednio wycenioną. A ludzie stęsknieni za spokojem kupili to.

Tylko zastanawiam się, czy naprawdę potrzebujemy kopiować, nie do końca zrozumiałe dla nas, wzorce z inneg kraju? Czy musimy przepłacić za świeczki i skarpety by poczuć ten spokój i równowagę?

Nie tak dawno, starszy już Duńczyk powiedział mi…„Hygge” to stan umysłu, to spokój, który masz w sobie na co dzień, umiejętność cieszenia się małymi rzeczami i umiejętność dziękowania za nie. Pamiętaj, że czas płynie dlatego ciesz się tym co masz bo to minie i nie martw się problemami bo…one też miną.

Dlatego, jeśli chcesz napić się ulubionej herbaty, zrób to, zapal świece, posłuchaj muzyki i ciesz się tą chwilą bez dorabiania do tego wielkich teorii.

(Visited 157 times, 1 visits today)
Podziel się